W roku 1969, kiedy na niespełna trzy tygodnie przed mistrzostwami świata w Meksyku, opiekę nad kadrą polskich dżudoków objął znakomity japoński specjalista Hiromi Tomi-ta uwierzono, że stanie się cud. Niestety, w tak krótkim okresie czasu niewiele można zrobić. Z Meksyku, sportowcy w białych kimonach wrócili „na tarczy", ale Tomicie powierzono przygotowania do Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Postawiono mu zadanie: jeden z twoich podopiecznych powinien wywalczyć w Monachium medal. „Hiro" ostro wziął się do roboty. Na pierwszym treningu „poprzewracał" największych kozaków i szybko zjednał sobie uznanie w gronie polskich dżudoków. Wkrótce utworzono ośrodek olimpijski w Oliwie, w którym nauczyciel z Kraju Kwitnącej Wiśni mógł w spokoju kształcić przyszłych medalistów. Rozpoczęła się harówka, o jakiej nikt do tej pory nie miał w Polsce najmniejszego pojęcia. Trening cztery razy dziennie. O 6 rano rozruch: bieg przeplatany elementami ćwiczeń siłowych i skocznościowych.
0 11, półtorej godziny walM szkoleniowej w „parterze" lub ćwiczeń siłowych, o 18 dwie i pół godziny walki w „stójce"
1 na zakończenie o 21 trening psychiczny, określany przez „Hiro" mianem treningu serca. Oparty na japońskiej sztuce ; zen", bardzo podobny do hinduskiej „jogi", po całym dniu
/ iwiczeń stanowił prawdziwą katorgę. Kilkadziesiąt minut w jednej pozycji, w milczeniu bez najmniejszego gestu, sprawiało, że nawet najtwardszym napływały do oczu łzy. „Hiro", który ćwiczył na równi ze swoimi uczniami, był jednak nieubłagany: „skoro ja wytrzymuję, musicie wytrzymać i wy". pozycjonowanie | najlepszy kredyt mieszkaniowy | cheap phone cards
|