To był koszmar - nie walka. Wszystko za wszystko. Trafienie za trafienie. Obaj walczyli o taką samą stawkę. Tym razem Witold Woyda musiał przywołać na pomoc cały arsenał swych umiejętności. Grał na zwłokę, pozorował ataki, wypatrywał najdrobniejszej luM w gardzie przeciwnika, prowokował go, męczył, denerwował. Usta z trudem łapały oddech, oczy zasnuwała mgła. Wykorzystywał wszystkie swoje sztuki. Poprawienie spadającej skarpetki, prośba o śrubokręt celem umocowania klingi, ręcznik dla otarcia spoconej twarzy. Każda chwila była dobra, aby tylko odsapnąć, pomyśleć ćo robić dalej. Było przecież 4:4, znów wszystko zależało od tego jednego trafienia.
Gdy je wreszcie zadał, nie miał siły się cieszyć. Nie było zresztą czasu, wytypowali go na kontrolę antydopingową. Potem kąpiel, zmiana dresu, wszystko na wylot mokre, jeszcze masaż i już czas na rozgrzewkę. Ani chwili odprężenia - ani minuty na refleksję, na ochłonięcie po tym co było i myśli o tym co miało nastąpić. Marek poszedł na godzinkę do parku, miał więcej czasu niż Witek. Ale później okazało się, że właśnie tak było trzeba: nie myśleć, nie wytrącać się z rytmu, nie pozbawiać napięcia. Witek nie wypoczął, lecz zachował pełną koncentrację, jakby w ogóle nie schodził z planszy. Czuł to doskonale. Wiedział, że złapał „ciąg", znał swoje stany psychiczne, sygnały optymalnej formy. Nie było wtedy na niego mocnych. Opłaty za środowisko | x-banner | hosting
|